KoszykówkaNBA

Śliwki vs Robaczywki play-offs 2022 Vol.2

12 maja, 2022

Dzień dobry! Dokańczamy analizowanie pierwszej rundy tegorocznych play-offów. Dziś Konferencja Zachodnia. Zamiast tradycyjnego podziału, analizuję poszczególne pary i w nich oddzielam śliwki od robaczywek. Proszę dać znać, czy taki format ma sens. Zapraszam!

Phoenix Suns – New Orleans Pelicans (4:2).

Śliwki:

– NBA jest dobra w historie i narracje. I nawet za bardzo nie musi się napinać, żeby je tworzyć. Willie Green, obecny trener Pelikanów, grał w jednej drużynie z Chrisem Paulem, u trenera Monty Williamsa w Nowym Orleanie. Tak, tego samego Chrisa Paula, tego samego Monty Williamsa, w tym samym Nowym Orleanie. W ostatnich dwóch latach był też jednym z asystentów Williamsa w Suns. I tak patrzysz sobie na te obrazki, już po zakończonej serii, jak ci trzej ściskają się, płaczą, dają upust emocjom, które skrzętnie skrywali, gdy musieli ze sobą walczyć. To są obrazki, które wykraczają poza sport. I dobrze. Mówię i piszę o tym od lat. Tego właśnie szukam w sporcie – odniesień do życia codziennego, inspiracji, wzruszeń. To jest super! Wzruszam się razem z nimi!

– Pelicans. Mimo 28 meczów (!) różnicy w tabeli, nie byli tylko tłem wydarzeń w tej serii.  A przecież mówimy to o starciu pierwszej siły NBA z…dwudziestą! Nie, nie pomyliłem się. Jedenaście ekip Wschodu, oraz osiem ekip Zachodu, miało lepszy od Pelikanów bilans po 82 meczach sezonu regularnego. Nie byłem największym fanem transferu po CJ McColluma, ale patrząc na to teraz, z perspektywy czasu, to chyba dobrze się stało. To nadal jest finansowo ryzykowne, ale przecież nie my będziemy za to płacić. Ta drużyna jest o jednego zdrowego Ziona od bycia poważną, play-offową ekipą. A to jest coś wielkiego dla organizacji z małego i bardzo niekoszykarskiego rynku.

– Brandon Ingram. Zaimponował mi w tej serii. Grał jak prawdziwy lider, z którym można iść i bić się o coś więcej, niż tylko play-in. 27 punktów, 6 zbiórek, 6 asyst, 47% z gry, 40% zza łuku. Trzy kolejne mecze z 30+ punktami przeciwko jednej z najlepszych defensyw ligi. To musi napawać optymizmem.

– Jonas Valanciunas. Wiele razy widziałem go na żywo w Toronto i na boisku, i poza nim, a to co widziałem, bardzo mi się nie podobało. Pisałem o tym, odsyłam do moich archiwów tych, którzy są zainteresowani. Wyglądało na to, że Litwin ma bliżej do spadnięcia w głęboką przeciętność, niż do miejsca, w którym teraz jest. Znakomicie zredefiniował samego siebie, swoją rolę w NBA. Zrozumiał, że jego największą siłą jest…jego siła. I robi z niej użytek. Nie boi się pobrudzić sobie dłoni, a to zapewni mu byt i miliony w tej lidze. 14.5 punktu, 14.3 zbiórki, 3 asysty za serię. I teraz popatrz – JV zarabia po $14-15mln za sezon. Czy DeAndre Ayton jest od niego dwa razy lepszy? Nie wiem, ale wiem, że właśnie takich, ponad dwukrotnie większych stawek zażąda tego lata. Ale to oddzielny temat pod rozwagę. JV, to nie jest artysta, to jest rzemieślnik, który przychodzi do roboty, odbija kartę, robi swoje i idzie do domu. I to też trzeba szanować.

– Herbert Jones. Pięknie Pels trafili z nim w drafcie (35 wybór w ubiegłym roku). Gdybym był nim, to swoją karierę modelowałbym na wzór kariery Mikala Bridgesa, z którym rywalizował. Bronisz i rzucasz za trzy punkty. To jest mapa drogowa do $100+ mln kontraktu. Jego długie ręce wychodziły mi z ekranu. Już teraz, ledwie po roku gry w NBA, jest jednym z najlepszych defensorów w lidze.

– Jose Alvarado. Inspiracja dla wszystkich, którzy nie skaczą jak Morant, nie są wielcy jak LeBron. Dla nich też jest miejsce w zawodowym sporcie. Alvarado jest jednym z nas!

– Mikal Bridges. Gdy przed sezonem dostał od Suns czteroletni kontrakt warty $90 mln, to uważałem, że jest to deal na granicy opłacalności. Z jednej strony, elitarny obrońca z rzutem musi w obecnej NBA dostać pieniądze, ale też z drugiej, przykład choćby chwalonego wyżej Herba Jonesa pokazuje, że tego typu graczy można znaleźć, trzeba tylko dobrze poszukać. Jeśli gramy tutaj w grę w procenty, to Jones zarabia niecałe $2mln za sezon, Bridges ponad $20 mln. Jones nie jest lepszy od Bridgesa, ale też nie jest 10 razy gorszy od niego. Rozumiemy się? Graczy top 8-10 NBA nie znajdziesz na straganie, w dzień targowy. Graczy „3 and D” da się. Czasem. Ale to, jak Bridges rozwinął się w tym sezonie, jaką serię zagrał przeciwko Pels, pozwala mi spokojnie zapomnieć o jego kontrakcie (jakbym to niby ja go spłacał). Kapitalna obrona na Ingramie i McCollumie, Znakomity game 5 (31 punktów, 12/17 z gry) kiedy Suns bardzo potrzebowali przełamania serii. Za sześć meczów średnie na poziomie 17 punktów, 4.5 zbiórki, 2.7 asysty, 1.5 bloku.

– Chris Paul. Cztery mecze z double-double. Za serię 22 punkty, 4 zbiórki, 11 asysty i 1.8 przechwytu. Znakomity mecze otwarcia (30/7/10), jeszcze lepszy występ kończący serię (14/14 z gry, 33 punkty). Kiedyś, przed play-offami, napisałem o nim coś takiego: „Nie mogę się doczekać, jak gra spowolni (nie, żebym nie lubił szybkiej), jak każde posiadanie będzie ważne, jak CP3 odpali drzemiącą w nim parkietową „gnidę”. Przepraszam, że tak piszę. Z moich ust, jakkolwiek by to nie brzmiało, to wyraz najwyższego uznania. Chris Paul zrobi wszystko, żeby wygrać. Będzie grał na kilku poziomach – tak normalnie, w koszykówkę. Będzie też grał z sędziami – zna przepisy na wylot, potrafi się „przyj…ać” o najdrobniejszy szczegół, żeby wymusić na sędziach presję, żeby zmienili linię, choćby o kilka % w stronę korzystną dla jego drużyn. Wreszcie, będzie grał te swoje wszystkie mini wojny i wojenki, te wszystkie mentalne gierki. Jak kibicujesz jemu i jego drużynom, to zacierasz ręce na samą myśl o tym. Jak kibicujesz tym, z którymi CP3 będzie się ścierał, to przypomnisz sobie moje słowa, gdy będziesz oglądać te obrazki – „co za gnida.” I to jest piękne!

Robaczywki:

–  CP3 odpalający drzemiącą w nim gnidę. To jest piękne i na swój sposób zabawne z perspektywy czasu. Gdy dzieje się w czasie oglądania meczów, niemiłosiernie irytuje.

– Jae Crowder. W całej serii spudłował 23 z 26 rzutów za trzy punkty!

Dallas Mavericks – Utah Jazz (4:2).

Śliwki:

– Dorian Finney-Smith. 17 celnych trójek w serii z Jazz. W sezonie 2017-18 miał 20 przez całe rozgrywki. Piękną drogę rozwoju przeszedł, a myślę, że do ostatecznego sufitu swoich możliwości, jeszcze jest trochę miejsca. Mimo że ma „już” 29 lat. Bardzo dobry obrońca, myślący na boisku gracz. Marzenie każdej play-offowej drużyny.

– Jalen Brunson. 27.8 punktu, 4.8 zbiórki, 4 asysty. To głównie dzięki niemu, pod nieobecność Luki, Mavs utrzymali się na powierzchni w tej serii. Już za parę tygodni złoży podpis pod tłuściutkim kontraktem. Ciekawe czy będzie to w Dallas, czy gdzieś indziej.

– Maxi Kleber. 16 trójek w sześciu meczach z Jazz (przy prawie 40% skuteczności). Przez cały marzec miał ich tylko dziewięć (17.6%). Ale to nie jest tak, że Niemiec nagle wyskoczył nie wiadomo skąd. Ci, którzy śledzą mecze Mavs, na pewno potwierdzą, że Kleber to kompetentny, myślący na boisku gracz. Podobnie jak w przypadku Brunsona, jego postawa w pierwszych trzech spotkaniach, była kluczowa dla obrazu serii. 10, 25 i 17 punków w meczach bez Doncica.
– Jason Kidd. Można rozpływać się nad ofensywnymi talentami Luki. Posiadanie w składzie takiego gracza bardzo ułatwia pracę trenerowi. Ale wcale nie wyręcza go z obowiązków. Kidd w imponującym stylu przygotował Mavs na serię z Jazz, szczególnie pod nieobecność Doncica. W ataku kazał im rzucać. W zasadzie każdy dostał zielone światło na odpalanie trójek. Mavs oddali 251 rzutów zza łuku (trafili 93). Jazz oddali 179 (trafili 49). Nieprawdopodobna, wręcz abstrakcyjna dysproporcja. Wszak Jazz też uchodzą (uchodzili?) za rzucającą drużynę. W sezonie regularnym trafiali 14.5 trójki na mecz, co było drugim wynikiem w całej lidzie (Wolves trafiali 14.8). Kidd poszedł na wojnę na procenty i ją wygrał. Ale najbardziej imponuje mi defensywa. Z ludzi, którzy do tej pory nie słynęli z tytanicznej obrony, stworzył nieźle współpracującą grupę. Trochę przypomniał mi się wczesny Kidd z pracy w Nets. W obliczu kontuzji stopy Lopeza, na stałe obniżył skład i odwrócił losy sezonu. Później praca w Bucks trochę popsuła mu reputację oraz ogólne postrzeganie jego postaci, ale ten przystanek w Dallas, przynajmniej w pierwszym roku pracy, wygląda okazale.

Robaczywki:

– Utah Jazz. Wow, od czego by tu zacząć? Jazz nie mieli prawa być 1:2 po trzech meczach, w których nie było Luki. Tam powinno być przynajmniej 2:1 dla nich, a może nawet i 3:0, z którego nawet z Doncicem byłoby ciężko wyjść. Ofensywny blender się nie kręcił, defensywa popełniała juniorskie błędy. Żal było patrzeć na upadek drużyny, która jeszcze nie tak dawno temu grał tak ciekawy dla oka basket, a marzenie o tytule nie było niczym aż tak odległym. W Jazz muszą zajść gruntowne zmiany.

– Donovan Mitchell. Może za dużo czytam między wierszami, może za bardzo wsłuchuję się w mowę ciała, ale to, co widziałem patrząc na Mitchella, to nie było nic dobrego. Jakby jakiś taki nieobecny, apatyczny, wycofany. Mało emocji, żadnych uśmiechów. Wyglądał, jakby w zamian za odmowę zasadniczej służby wojskowej miał do wyboru odsiadkę, pracę w kostnicy, albo rolę startera w play-offowej drużynie NBA. Wybrał NBA, ale już pierwszego dnia wiedział, że lepiej było iść na rok do paki, albo do kostnicy. Żarty na bok. Moja głowa nie jest w stanie objąć tego, jak tak hojnie obdarzony przez naturę facet (jakkolwiek to by nie brzmiało), jest taką dziurą w obronie. Silny, szybki, skoczny, z ogromnym zasięgiem ramion koszykarz, musi tylko postanowić w swojej głowie, żeby chcieć w obronie być przynajmniej neutralny. Nie ma innej możliwości. Widocznie nie chciał. I to nie jest najnowsza historia. Niby 25.5 punktu na mecz, ale z aż średnio 22.2 rzutu, przy skuteczności poniżej 40% z gry, fatalnych 20% zza łuku. W meczu piątym tylko raz na linii rzutów wolnych. To wszystko krzyczy do mnie. Jeśli chciał wysłać światu jakąś wiadomość, to zrobił to kiepskim stylu.

– Mike Conley. Żal mi go tu umieszczać, bo bardzo go szanuję. Miałem z nim kiedyś super rozmowę w szatni, jeszcze wtedy, Memphis Grizzlies. Wtedy, poza faktem, że sobie pogadaliśmy, dotarło do mnie jak mały fizycznie jest Conley. Od tamtej pory doceniałem jego grę w świecie wielkoludów jeszcze bardziej. Za serię z Mavs tylko 9.2 punktu, 29% z gry, 20% zza łuku. Nie było ani jednego aspektu gry, w którym Conley byłby dobry, groźny, niewygodny dla obrony Dallas. Na początku przyszłego sezonu skończy 35 lat. Zastanawiam się jaka przyszłość czeka go w Utah (?) i ogólnie w NBA. W kontrakcie ma jeszcze dwa lata. W każdym z nich zarobi po ponad $20 mln. Oczami wyobraźni widziałem go wracającego do Memphis, wchodzącego w rolę weterana z ławki. Ale zapomniałem o tej jego nowej umowie. Z nią będzie to mało możliwe.

– Może Cię zaskoczę, ale Rudy Gobert nie dostanie robaczywki. Dostaną ją za to ludzie, w internecie, którzy kolejny już rok piszą, że jak to, że co to za elitarny obrońca, którym nie da się grać? Drodzy państwo, sprawa jest tak prosta, że aż się dziwię, że jej nie dostrzegacie. To nie Gobert jest problemem, a jego fatalni w obronie koledzy z Mitchellem na czele. A w związku z tym, że w play-offach koszykarskie szachy nabierają na znaczeniu, to drużyny dodają sobie kropki i stosują taktykę najprostszą z możliwych – skoro ciężko jest wejść pod kosz, gdy Francuz patroluje pomalowane, to weźmy i wyciągnijmy go stamtąd. Jak? A, no na przykład tak, żeby obniżyć skład, wstawić biegającego centra, najlepiej z rzutem z dystansu. Nawet nie musi to być klasyczny środkowy (Finney-Smith grywał na centrze w tej serii). Potem prosty pick and roll, obok którego Gobert nie może przejść obojętnie, i gotowe. Gobert biegający jak głupi z dala od kosza, owszem, czasem wygląda nieporadnie, ale to tylko dlatego, że musi łatać wszystkie dziury swojej niekompetentnej w defensywie drużyny. Jedyne, co można mu zarzucić, to ogromną impotencję w ataku. To ona, nie defensywa, sprawia, że Gobert nie jest w stanie karcić rywali, którzy decydują się obniżać skład i wykurzać go spod własnego kosza.

– Luka Doncic. Pokuszę się o tezę, że Słoweniec jest w obecnej NBA najbardziej irytującym zawodnikiem, jeśli chodzi o żale i narzekania do sędziów. Cholera mniej już bierze, jak widzę tę jego wykrzywioną, pucułowatą twarz i wymownie rozłożone ręce za każdym razem, gdy gwizdki sędziów albo milczą, albo są mu nieprzychylne. Mało tego. Widziałem na własne oczy, jak podczas przerw na żądanie, zamiast słuchać trenera, albo zwyczajnie odpoczywać, uderza w dialog z sędziami. Chciałbym, żeby w końcu zrozumiał, że gwieździe jego formatu takie rzeczy po prostu nie przystoją. Tym bardziej, że już dawno dorobił się statusu super gwiazdy, co wiąże się z „benefitami” na obu końcach parkietu.

Memphis Grizzlies – Minnesota Timberwolves (4:2).

Śliwki:

– Ta seria, to miód na serce Adama Silvera. Dwie młode drużyny, z małych rynków, walczyły o półfinał Zachodu na barkach swoich młodych liderów, w większości wybranych przez nich w drafcie.

– Anthony Edwards. Ja tu widzę potencjał na coś wielkiego. 25.2 punktu, 4.2 zbiórki, 3 asysty, 1.2 bloku, 1.2 przechwytu.

– Desmod Bane. 23.5 punktu na mecz, 4.5 celnej trójki co wieczór (46% skuteczności).

– Brandon Clarke. 16.5 punktu, 9 zbiórek, 2.7 asysty, 1 blok na mecz. Gdyby nie jego intensywność, to Grizzlies mogliby tej serii nie przejść. Trzy mecze z double-double, dużo dobrej energii z ławki.

– Ja Morant. Za poniższy wsad.

Robaczywki:

– Ta seria, w skali ogólnej, była całkiem przyjemna do oglądania. Ale było w niej pełno fragmentów po prostu złej koszykówki. Złe decyzje, nieprzemyślane zagrania, dziecinne błędy, które nie powinni zdarzać się na jakimkolwiek poziomie zwanym zawodowym, już nie wspominając o poziomie NBA.

– Nie wiem do kogo konkretnie jest kierowana ta robaczywka, ale pod żadnym pozorem, w żadnym scenariuszu, nie powinno było zdarzyć się, żeby KAT, w meczach dwa i trzy oddał łącznie tylko 11 rzutów. To jest kombinacja robaczywek dla samego KATa, który jako lider musi po prostu, (czasem) po chamsku zażądać piłki. Dla trenera, który musi być bardziej wyczulony na takie rzeczy. No i oczywiście jest to też robaczywka dla Russella, który jako „jedynka” musi dbać, żeby wszyscy jedli, a w szczególności liderzy.

– Karl-Antony Towns. A tu jest robaczywka w całości dla niego. Jak idzie, to jest wszystko fajnie, fun and games i w ogóle. Ale jak nie idzie, to niebo się zawala, świat kończy, szyny są złe, podwozie jest złe, wszystko jest złe. KAT, jak się tak negatywnie nakręci, czy to przez gwizdane na nim faule, czy przez niecelne rzuty, czy przez dużą stratę do odrobienia, to staje się jednym z najbardziej nieznośnych ludzi w NBA. Pewnie masz u siebie na treningach takiego typa, który ni stąd, ni zowąd, w trakcie grania, nagle wychodzi, przebiera się i idzie do domu. Czemu? A, bo wiesz, wtedy tam, nie podałeś mu piłki. Albo przebiegłeś nie tam, gdzie miałeś, choć nigdy nie ustalaliście, którędy miałeś przebiegać. Jedyna różnica jest taka, że Towns nie idzie do domu, tylko spala się dalej. To jest tak irytujące, że pod koniec staje się śmieszne. 16-latek w ciele 26-latka. Towns to nieprzeciętny talent, nieprzeciętny strzelec, w nieprzeciętnym ciele. Ale przez taką, a nie inną osobowość, być może nigdy nie przebije się przez „tylko” poziom All-Stara. To nadal bardzo dużo, to nadal poziom, na którym dostaje się maksymalne kontrakty. Ale nie jest to poziom, nie jest to charakter człowieka, z którym w roli lidera idziesz zdobyć tytuł. Dlatego już w trakcie tego sezonu pisałem, że dobrze by było dla Wolves i samego KATa, gdyby płynnie, dobrowolnie oddał szatnię Edwardsowi. Bo z takim drugim najlepszym zawodnikiem w drużynie jak Towns, to już bez problemu można bić się o tytuły. Nie twierdzę, że Ant to materiał na top 10 NBA (nie twierdzę też, że nie). Twierdzę tylko, że jeśli KAT nie jest w stanie być inny mentalnie, to rolę lidera musi oddać komuś innemu.

– Jaren Jackson Jr. Tylko raz zszedł poniżej 5 fauli, dwa razy spadał za sześć. 31 fauli w sześciu meczach. Średnie za serię to tylko 11.8 punktu, 7.2 zbiórki, 0.5 (!) asysty, 0.7 przechwytu, 60% z linii, 40% z gry. 2.7 bloku trochę ratuje sytuację, ale tylko trochę.

– I tutaj pojawia się może nie tyle robaczywka, co głośne pytanie – czy coach Jenkins nie za szybko zrezygnował z grania Stevenem Adamsem? Pytam nie w kontekście samego Adamsa. Pytam w kontekście faktu, że JJJ grający jako PF obok środkowego Adamsa miał fizyczny i mentalny spokój, że jakby coś się działo, to obok niego jest wielkie i silne ciało, żeby pomóc. Wiem, że statystyki pokazują, że JJJ grający na środku, to prawdziwe złoto. Już wyjaśniam Ci o co chodzi i jak to czytać. To tak jak z tymi wszystkimi „piątkami śmierci”. Skoro liczby tak bardzo potwierdzają ich wyjątkowość, to czemu nie grać nimi po 35+ minut w meczach. No i tu właśnie czar trochę pryska. Te piątki, te konkretne ustawienia są w liczbach tak wyjątkowe, bo funkcjonują w określonym czasie, w określonych okolicznościach. Tak samo jest z graniem na środku Jacksona. Może kiedyś stanie się etatowym centrem. Dziś jest czwórką, która grywa na środku, która jednocześnie nadal potrzebuje kogoś mocnego fizycznie obok siebie.

– D’Angelo Russell. 12 punktów na mecz przy ledwie 32% skuteczności z gry. Do tego cała masa fatalnych decyzji. Dla dobra dalszego rozwoju tej drużyny, Russell powinien odejść. Największy z nim problem jest taki, że nie jest tak dobry, jak wydaje mu się że jest. Plus ma jeszcze do zarobienia ponad $60 mln w dwóch najbliższych latach.

Golden State Warriors – Denver Nuggets (4:1).

Śliwki:

– Draymond Green. Defensywny geniusz. Jego obrona na Jokicu, szczególnie w pierwszych dwóch meczach, praktycznie ustawiła charakter całej serii. Ale przecież poza obroną, Draymond jest także mózgiem ofensywy Warriors. Piękny, koszykarski umysł. Mówiłem i pisałem wiele razy w przeszłości, napiszę jeszcze raz – jeśli chodzi o koszykarskie IQ, to w jednym zdaniu można, a nawet trzeba, wymienić LeBrona, CP3, Lukę i Greena.

– Nikola Jokic. Za usprawnienia w meczach od trzy do pięć po tym, jak w dwóch pierwszych Green nie dał mu żyć. 37, 37 i 30 punktów Serba w tych starciach.

– Jordan Poole. 30, 29 i 27 punktów w pierwszych trzech meczach. Potem trochę ostygł, ale i tak był kluczowy dla Warriors w tej serii.

– Steph Curry i Klay Thompson. Miło znów, po latach (jak dziwnie to brzmi) widzieć ich walczących w play-offach. 22.6 punktu, 4.4 celnej trójki na mecz Klaya i 28 punktów oraz 3.8 celnej trójki Stepha.

Robaczywki:

– Jechanie internautów po Jokicu szczególnie po pierwszych dwóch meczach. Że co z niego za MVP sezonu i takie tam. Fakt, że danemu graczowi nie idzie w postseason, jako „argument” kwestionujący jego status MVP, to zawsze taki uroczy głos w internecie. Nie za mądry, nie za logiczny.

– Przy tej okazji mała robaczywka dla NBA. Liga powinna pospieszyć się z przyznawaniem nagród indywidualnych. Głosy są oddane przed rozpoczęciem play-offów. Należy je zliczyć i sukcesywnie ogłaszać poszczególnych wygranych. Maksymalnie do końca pierwszej rundy powinniśmy znać wszystkich laureatów. Na czele z MVP, bo gdy tego w postseason już nie ma, a jego rywale nadal są, gdy ogłaszana jest jego wygrana, ta błotna część internetu na nowo odżywa ze swoimi żalami. Po co nam to?