Lekkoatletyka

Trzy medale w ostatni dzień

6 marca, 2023

Niedziela 5 marca była ostatnim dniem lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Stambule. Oczywiście nie zawiodły Aniołki Matusińskiego, bo mimo osłabień wywalczyły brąz. Wcześniej wszystkie medale wywalczyły kobiety, ale w niedzielę dwa srebra dołożyli mężczyźni. Piotr Lisek wykorzystał nieobecność Duplantisa i kilku innych gwiazd, a szerzej przedstawił się wszystkim 20-letni płotkarz – Jakub Szymański.

Zacznjijmy od Piotra Liska, bo to przyjemny powrót do formy tego doświadczonego lekkoatlety. W zeszłym sezonie totalnie mu nie szło. Wysokość 5.50 na nikim nie robiła wrażenia. Na dwóch najważniejszych imprezach, czyli na ME w Monachium i na MŚ w Eugene miał właśnie 5.50. Wydawało się, że powoli będzie schodził ze sceny. Trzy lata wcześniej bił rekord Polski i kręcił się w okolicach sześciu metrów, atakował nawet poprzeczkę na 6.06 na zawodach Diamentowej Ligi w Monaco. To był jego złoty okres, bo tydzień po tygodniu bił rekord Polski – najpierw 6.01 w Lozannie, a później właśnie 6.02 w Monaco. To czasy jeszcze przed wybuchem wielkiego talentu Armanda Duplantisa, który sprawił później, że takie 6.06 to pryszcz. Piotr Lisek w 2023 roku jest już dużo lepszy. W Stambule miało go nie być. Kusząca była jednak perspektywa medalu pod nieobecność kilku europejskich gwiazd. Renaud Lavillenie wyjmie tyczki dopiero na wiosnę, gdy skończy się sezon halowy, a Mondo Duplantis po prostu do Stambułu nie przyjechał.

Ale i tak niewiele wskazywało, że nasz zawodnik włączy się do walki o medale. W eliminacjach nie skoczył nawet wymaganego do kwalifikacji 5.75, ale osiągnęło tę wysokość tylko pięciu zawodników, dlatego Lisek z wynikiem 5.65 wszedł do finału. A tam popisał się prawdziwym majstersztykiem, przenosząc poprzeczkę ze strąconego wcześniej 5.70 na 5.80. W sumie czterech tyczkarzy miało dokładnie taki wynik. Można więc powiedzieć, że w finale halowych ME nikt od Liska lepszy nie był, bo i nikt nie pokonał tyczki na większej wysokości. Tyle, że Norweg Sondre Guttormsen miał wcześniej zero strąceń, a Lisek jedno na przeniesionym potem 5.70. Dlatego Polak zdobył srebro ex aequo z Emmanouilem Karalisem, a do Norwega powędrowało złoto. Lisek dorzucił medal do pokaźnej kolekcji, bo są to teraz: dwa brązy i jedno srebro MŚ, dwa brązy halowych MŚ, złoto, dwa srebra i dwa brązy halowych ME. Jest co powiesić na półce.

Kolejne srebro wywalczył zawodnik urodzony w 2002 roku. Jakub Szymański nie jest powszechnie znany polskim kibicom, bo dopiero zaczyna karierę, ale to rewelacja konkurencji płotkowych. Całkiem niedawno, jakieś trzy tygodnie przed ME, został złotym medalistą mistrzostw Polski w biegu na 60 metrów przez płotki z wynikiem 7.53 s. Wyprzedził tam między innymi rekordzistę Polski – Damiana Czykiera. Taki wynik dawał mu trzecie miejsce w tym roku wśród wszystkich startujących. Halowe ME były potwierdzeniem świetnej formy Szymańskiego. W finale pobiegł na bardzo podobnym poziomie, jak na mistrzostwach Polski. Przegrał tylko ze Szwajcarem Jasonem Josephem, któremu poszło rewelacyjnie. Szybciej niż jego 7.41 s biegał tylko jeden Europejczyk w historii! Brytyjczyk Colin Jackson schodził regularnie poniżej 7.40 w latach 90. 7.41 to drugi historycznie wynik europejski, który dzielą ex aequo Niemiec Falk Balzer (1999 rok), Francuz Dimitri Bascou (2016 rok) i teraz właśnie Szwajcar Jason Joseph. Nie było nawet szans podjąć walki z takim czasem.

Przykra rzecz wydarzyła się w tym finale, w którym Szymański wywalczył srebro. Miał o ten medal stoczyć pojedynek głównie z Enrique Llopisem, który wyprzedzał go w tabelach za 2023 rok. Llopis zahaczył o płotek numer pięć i upadł tak nieszczęśliwie, że aż stracił przytomność. Szybko podbiegli lekarze i inni ludzie, by zakryć widok nieprzytomnego Hiszpana kocami. Zawodnicy cieszyli się ze swoich medali i nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Llopis upadł przed samą linią mety. Okazało się po badaniach, że doznał urazu klatki piersiowej oraz wstrząśnienia mózgu. Na szczęście nie zdiagnozowano żadnych zmian neurologicznych, nie doszło też do żadnego złamania. Wszystko skończyło się na strachu. Sam Hiszpan także odpowiedział prosto ze szpitala, mówiąc, że wszystkie badania wykazały, że jest ok, a teraz nadszedł czas na rehabilitację.

Czym byłyby zawody bez naszych biegaczek na 400 metrów? Sztafety zawsze dają nam mnóstwo emocji. Nie było Igi Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik komentowała zawody w studiu telewizyjnym. Do Stambułu nie przyjechała też Natalia Kaczmarek oraz Justyna Święty-Ersetic. Nie było nawet mocnej przecież Kingi Gackiej. Liderką sztafety musiałą być Anna Kiełbasińska. Z doświadczonych zawodniczek miała też pomóc Ola Gaworska, ale… i ona nie pomogła, bo dzień przed startem wyeliminowała ją kontuzja. Zatem ciężar walki o medale musiały wziąć na siebie: Marika Popowicz-Drapała, Alicja Wrona-Kutrzepa i Anna Pałys. Kiełbasińska biegła jako pierwsza, a tempo dyktowała jej srebrna medalistka indywidualnie – Lieke Klaver. Polki i Holenderki miały dużą przewagę nad resztą. Druga Marika Popowicz-Drapała jeszcze nawet zbliżyła się do Eveline Saalberg. Na trzeciej zmianie Wrona-Kutrzepa nie obroniła się przed atakującą zaciekle Włoszką Anną Polinari. Z biegnącą na końcu Femke Bol nikt już nie miał szans. Pozostała walka o srebro, nie dała rady Anny Pałys. To jednak i tak wielki sukces bardzo osłabionej kadry.

Kończymy halowe ME z siedmioma medalami. To najwięcej wspólnie z Holandią. Niestety nie udało się wywalczyć żadnego złota, zatem w klasyfikacji medalowej znaleźliśmy się na dalekim 15. miejscu, nawet za Turcją, która wywalczyła tylko jedno, samiutkie złoto. Cóż, takie zasady, że złoto znaczy najwięcej. To były jednak udane mistrzostwa Europy dla polskiej reprezentacji, które pokazały, że w naszych lekkoatletach drzemie duży potencjał.