Mistrzostwa ŚwiataPiłka nożna

Czas pakować walizki

28 listopada, 2022

Dwa mecze podczas katarskiego turnieju pozbawiły złudzeń pierwszych dwóch drużyn. O dalszym udziale w imprezie już po 180 minutach gry mogą zapomnieć reprezentacje Kataru i Kanady. Co poszło nie tak i czy miało prawo pójść lepiej?

Gospodarze światowego czempionatu nie będą wspominać go najlepiej. PR zbudowany wokół reprezentacji omamił media z całego świata. Wszyscy zastanawiali się, czy piłkarska kadra Kataru jest w stanie w minimalnym stopniu pójść drogą narodowej drużyny piłki ręcznej, która zdominowała azjatyckiego „szczypiorniaka” i w 2015 roku zdobyła wicemistrzostwo świata. Trudno jednak o analogie, bowiem „ręczni” w dużej mierze korzystali z zawodników naturalizowanych. Na takie „zabawy” FIFA już nie pozwala, dlatego Katarczycy poszli drogą szkolenia. Tak zwana „złota” generacja katarskiej piłki, która błysnęła w młodzieżowych turniejach, a następnie w Pucharze Azji sprzed trzech lat miała na swojej ziemi sprawdzić niespodziankę, choć z perspektywy europejskiego kibica i potencjalnych rywali Kataru w grupie A, raczej sensację. Media rozpisywały się o długich przygotowaniach kadry, o epizodach pojedynczych katarskich zawodników w lidze hiszpańskiej, czy w reszcie o „katarskim” Neymarze w osobie Akrama Afifa. Jak pokazały turniejowe boje Katarczycy bardzo skutecznie zarządzali swoim PR-em na długo przed rozpoczęciem imprezy.

Faktycznie Afif wyglądał na tle swoich kolegów jak Neymar – szukał wolnych przestrzeni, pokazywał się do gry, próbował grać jeden na jednego. Tyle, że partnerzy wyglądali przy nim jak ubodzy krewni, jak chłopcy z podwórka. Na tle Ekwadoru i Senegalu zespół Kataru wyglądał bardzo słabo. Przeciętnemu kibicowi patrzącemu na poczynania drużyny trenera Felixa Sancheza przypominała się scena z polskiego filmu pt. „Boisko bezdomnych”. Zbierający cięgi od trzecioligowców zespół bezdomnych, kierowany przez byłego piłkarza (w tej roli Marcin Dorociński) usłyszał wówczas komentarz dzieci obserwujących z boku mecz: „Oni by z nami prze****li.”. Jak inaczej myśleć skoro w meczu otwarcia gospodarze grali jak sparaliżowani i nie oddali choćby celnego strzału. Skromne 0:2 z Ekwadorem zaciemniło nieco obraz meczu, w którym wynik był najniższym wymiarem kary ze strony południowoamerykańskich rywali. W drugim spotkaniu przeciwko Senegalowi było niewiele lepiej. Katarczycy zostali stłamszeni w pierwszej połowie i mogli dziękować Allahowi, że do przerwy stracili tylko jednego gola. Szybka bramka Famary Dhiedhiou po zmianie stron zminimalizowała szanse Kataru na korzystny wynik. Gospodarze rzucili się do rozpaczliwych ataków, zdobyli nawet premierowego gola w mundialu dzięki Mohammedowi Muntariemu, ale Senegalczycy nie pozwolili zabrać sobie wygranej, dobijając rywali w samej końcówce. Przed Katarczykami ostatni mecz turnieju przeciwko Holandii. W decyzjach Louisa van Gaala leżą dalsze losy reprezentacji z Zatoki Perskiej. Czy „Oranje” skompromitują Katar urządzając Cody’emu Gakpo polowanie na tytuł króla strzelców? Przekonamy się już we wtorek.

Jaka piękna katastrofa – takim tytułem mogłyby grzmieć na swoich „czołówkach” kanadyjskie media. Ich reprezentacja zostawi po sobie dobre wrażenie. Powrót na wielki turniej po 36 latach przerwy mocno rozbudził nadzieje i sympatie kibiców w największym kraju Ameryki Północnej. Poprzedni występ Kanady na światowym czempionacie pamiętają głównie ówcześni reprezentanci oraz ich rodziny. Tym razem cały kraj ściskał kciuki za występ zespołu spod znaku klonowego liścia, a liczna grupa kibiców zjawiła się w Katarze, aby osobiście wspierać drużynę dopingiem z trybun. W końcu wyprzedzenie w eliminacjach do turnieju Amerykanów, Meksykanów i Kostarykańczyków było przyjęte z uznaniem nie tylko w strefie CONCACAF. Mieszanka gwiazd w osobach Alphonso Daviesa (Bayern), Jonathana Davida (Lille), weterana Atiby Hutchinsona (Besiktas) czy Juniora Hoilletta (Reading) z solidnymi ligowcami z Europy i MLS miała sprawić sensację w wymagającej grupie F.

Kanadyjczycy błysnęli zarówno w meczu z Belgią, jak również w starciu z Chorwacją. I cóż z tego. Los figlarz nie miał dla nich litości. Już na początku pierwszego spotkania, po zagraniu ręką Yannicka Carrasco do rzutu karnego podszedł Davies, strzelił słabo pozwalając Thibautowi Courtois na skuteczną obronę. Kilka chwil później Jan Verthongen w polu karnym faulował Tajona Buchanana. Kanadzie należał się kolejny rzut karny, ale zespół sędziowski na czele z Zambijczykiem Jannym Sizakwe zdecydował o spalonym. W tej sytuacji nie pomógł również VAR, choć rozmyślne podanie Edena Hazarda do Verthongena nie mogło zostać niezauważone. Jedno długie podanie za plecy obrońców sprawiło, że to Belgowie cieszyli się z gola po trafieniu Michy’ego Batshuaiya. Choć Kanadyjczycy dwoili się i troili to nie potrafili trafić do bramki. Piłka nożna nie jest sprawiedliwa, dlatego słabsza tego dnia Belgia zeszła z boiska zwycięska po w zasadzie jednej udanej akcji. Pierwszy kwadrans meczu z Chorwatami wyglądał bliźniaczo podobnie. Już po 67 sekundach celną „główką” wynik otworzył Davies dając Kanadzie prowadzenie. Podopieczni Zlatko Dalicia potrzebowali ponad pół godziny, aby otrząsnąć się, ale pokazali, że nieprzypadkowo cztery lata temu zostali wicemistrzami świata. Kibice na Twitterze pytali czy Kanada „odłożyła pada”, a Chorwaci strzelali kolejne gole. Mimo ładnej dla oka gry wynik 1:4 poszedł w świat, a Kanadyjczycy mogą się pakować do samolotu zaraz po ostatnim gwizdku meczu przeciwko Maroko.

Czy obie reprezentacje miały szanse na uzyskanie lepszego rezultatu? W przypadku Kataru odpowiedź jest jednoznaczna – nie. Nie ten rozmiar kapelusza. Katarczycy są jak na razie najsłabszym gospodarzem w historii mundiali, a poprzeczka zawieszona przez kadrę RPA w 2010 roku naprawdę nie wisiała specjalnie wysoko. Zespół Felixa Sancheza zwodził ekspertów skrzętnie unikając sparingów z jakimkolwiek wymagającym przeciwnikiem, a gdy nadszedł dzień próby okazało się, że król jest nagi. Co innego w przypadku Kanady, której oprócz umiejętności na poszczególnych pozycjach zabrakło zwyczajnie szczęścia. Zmarnowany karny, błąd arbitrów i niefrasobliwość defensywy przy jedynej groźnej akcji Belgów, a także brutalna skuteczność Chorwatów połączona z obnażeniem braków rywala, maksymalnie skróciły przygodę „The Canucks” w katarskiej imprezie. Dobre wrażenie to za mało w mistrzowskiej imprezie. Szansą na zapamiętanie będzie jeszcze ostatni mecz z Maroko, ale rozpędzone „Lwy Atlasu” tanio skóry nie sprzedadzą. Kanadyjczycy przetarli swój szlak przed byciem współgospodarzem kolejnego turnieju o mistrzostwo świata. Najbliższe cztery lata muszą jednak upłynąć pod znakiem wzmocnienia reprezentacji na newralgicznych pozycjach. W przeciwnym razie Kanada, jako współorganizator podzieli los RPA i Kataru.