EkstraklasaPiłka nożna

Lech w skórze Legii

15 sierpnia, 2022

W zeszłym sezonie mityczny pocałunek pucharów pogrążył Legię doszczętnie i sprawił, że cała Polska mogła się nabijać z ich występów w Ekstraklasie. Na początku sezonu 2022/23 w skórę Legii zaczyna wchodzić Lech Poznań.

Lech Poznań zagrał w tym sezonie już 11 spotkań. Ile z nich było dobrych? Jeden… ewentualnie można naciągnąć, że dwa, jeśli pozytywnie podejdziemy do tematu, że udało się jedną bramką pokonać u siebie Karabach Agdam. Jeżeli policzymy połówkę ze Śląskiem i połówkę ze Stalą Mielec to trzy (to wersja dla tych w różowych okularach). Weźmy pod uwagę jednak spotkania samej Ekstraklasy, bo to właśnie na te działa mityczny „pocałunek”. Lech Poznań zamyka w tej chwili tabelę, ma na koncie jeden punkt i trzy porażki – ze Stalą Mielec, Wisłą Płock i Śląskiem Wrocław. Co bardziej bolesne – wszystkie u siebie. Najbardziej mogą boleć te z Stalą i ostatnia ze Śląskiem, bo momentami Lech siedział na tych rywalach. A paradoksalnie zdobył jedyny punkt akurat w tym meczu, w którym to przeciwnik stworzył więcej szans.

Trudno wyobrażać sobie sytuację, że Lech przegrywa w całym sezonie aż 17 meczów w lidze, ale przecież Legię w strefie spadkowej też trudno było sobie wyobrazić. Tym bardziej, że teraz panuje przekonanie „bij mistrza”. Szczególnie, że ten jest za Johna van den Broma wyjątkowo słaby i łatwy do ugryzienia. Legia rok temu przegrała siedem meczów przy Łazienkowskiej, Lech rozpoczął mecze przy Bułgarskiej gorzej niż beznadziejnie, bo od trzech kolejnych klęsk. Statystycznie wyglądało to dobrze, bo Lech stworzył ze Śląskiem przecież dużo sytuacji podbramkowych, zwłaszcza mocno dominował w pierwszej połowie, ale co z tego, skoro rywal może nastawić się na dwie-trzy akcje, które skończą się powodzeniem? Petr Schwarz miał hektary miejsca, prowadząc piłkę, a potem jeszcze z dziecinną łatwością minął Kwekweskiriego.

Lech przegrywał od 26. minuty i wspomnianej już akcji Schwarza. Chyba najwięcej pozytywnych słów można powiedzieć o Citaiszwilim, który próbował uderzać najczęściej. W samej tylko pierwszej połowie miał trzy dobre okazje i na pewno był wyróżniającym się zawodnikiem. Lechici mieli też sytuacje po rzutach wolnych, ale albo Michał Szromnik nie dawał się zaskoczyć, albo kończyło się to pechowo, na przykład słupkiem Filipa Marchwińskiego. Lech był aktywny, bardzo żwawy, tworzył okazje, ale brakowało najważniejszego. W drugiej połowie miał już mniej szans, a bliżej gola na 2:0 był Erik Exposito. Śląsk zrobił kilka kontr, które mógł wykończyć lepiej. Lech ma ten problem, że jest go bardzo łatwo ugryźć z prostej kontry, bo nie potrafi się przegrupować. Kwekweskiri mógł jeszcze naprawić błąd i popisał się świetnym wolejem w doliczonym czasie, ale Szromnik był tego dnia nie do pokonania.

Ten mecz to wielkie indywidualne zwycięstwo Ivana Djurdjevicia, który po odejściu z Lecha radzi sobie na ławce trenerskiej całkiem nieźle. Mistrzowie Polski punktują beznadziejnie. Van den Brom uważa, że po raz kolejny Lech na porażkę nie zasłużył, ale nie zauważa jak jego drużyna jest łatwa do załatwienia w jednej, poprawnie rozegranej kontrze. Pokazali to już Islandczycy z Vikingura. Teraz pokazał to Schwarz, który spokojnie prowadził sobie piłkę, zanim kiwnął Kwekweskiriego i oddał najważniejszy strzał w tamten wieczór.

Sytuację wokół Lecha podpalił jeszcze Rafał Janas, czyli były asystent Macieja Skorży. Powiedział w programie „Pogadajmy o piłce” na kanale Meczyków, że zarząd Lecha… nie uwierzył w kłopoty rodzinne Skorży, ale raczej widział w tym jakiś spisek i kombinowanie ze strony trenera, bo ma jakąś zagraniczną ofertę. Lech przegrał trzy mecze w Ekstraklasie, ale ze Śląskiem na środku obrony musiał grać urodzony w 2003 roku Maks Pingnot, który w tym sezonie z konieczności debiutował w lidze oraz… łatający dziurę Kwekweskiri, który dał się zrobić na szaro. Kibice wywiesili w trakcie meczu transparent: „Zarząd Lecha – mistrzowie Polski w marnowaniu potencjału”. To podsumowanie ruchów transferowych po sprzedaży Kamińskiego.